x
Ładowanie...

Ogród rozkoszy Agnieszki Gewartowskiej

18 marca 2021

Obrazy są od dawna, jak pamiętamy, oknami na świat i często na codzienne zwykłe życie; przypominają ludziom o rzeczach najważniejszych: o tym, że jeśli ktoś naprawdę istniał w naszym życiu, to jego istnienie będzie już z nami zawsze – choćby tylko przypominał nam o nim jego portret, lub kiedy wiszący obraz był malarskim znakiem o wydarzeniu czy zwycięstwie nad przeciwnikiem, czy złem, czy wreszcie, co ma miejsce od początków sztuki, obrazy stają się widomymi śladami święta zmysłów: radości istnienia i rozkoszy dla oczu oraz wyzwaniem dla wyobraźni.

A jednak radość istnienia i radość tworzenia w sztuce ostatniego wieku stały się raczej wyjątkiem niż utrwalającą się regułą, czy stylem myślenia-bycia-tworzenia. Być może, znając życie, można podejrzewać, że niektórzy twórcy odczuwają rozkosz robienia tego, co wykonują; gorzej już z tym, co przekazują, co utrwalają w twórczej pracy, co zbyt często nie wywołuje u odbiorców radości widzenia i zachwytu w sercu. Przy tym powołują się oni często, tłumacząc swoje ponure wizualne światy, na czas, atmosferę – ogólnie na trudną do przełknięcia prawdę istnienia, pomijając przy tym te wymiary życia, które tchną nie tylko pozytywnymi, acz ukrytymi często wymiarami życia. Przecież każdy je z nas odczuwa? Czyżby media i dominujący model widzenia i myślenia wciąż nakłaniały i utrwalały w naszych widzeniach czarnowidztwo? Poza tym, nie zmniejsza się liczba zwolenników estetycznego dogmatu epoki, że sztuka powinna przedstawiać prawdę o rzeczywistości, a ta przecież jest prawdziwie ponura i czarna? Naznaczona negatywnością ludzkich intencji i czynów? Czyż nie? Podobała mi się reakcja na współczesną twórczość znanego zachodniego krytyka współczesnej kultury Douglasa Mourraya, który dosłownie wyraził się z adekwatną do wielu artystycznych zjawisk dosadnością: „Krajobraz współczesnej sztuki przypomina zbombardowane miasto”.
 
A prawda o naszym doświadczanym na co dzień świecie nie jest jak ten przysłowiowy kij, który musi mieć dwa końce. Nie, prawda ma wiele końców – w tym te wielobarwne, pozytywne, także trudne do nazwania, pokazania czy zrozumienia. Między innymi w naszym świecie – i tu działa, moim zdaniem, ciekawszy i bardziej z punktu widzenia wartości życia drugi dogmat – potrzebujemy tych, którzy nie tylko mają odwagę odsłaniania tego, czego nie dostrzegamy, ale w dodatku potrafią to robić tak, że zaczynamy to widzieć, że chcemy ich widzenie przeżywać, a potem możemy bardziej przekonująco się nim wzajemnie dzielić, żeby w konsekwencji się w ogóle rozumieć i porozumiewać. I właśnie od tego mamy artystów. W takich momentach przypominany sobie, że sztuka nie istnieje dla samej siebie, a ci, którzy ją tworzą – artyści, mają istotne miejsce w świecie. Zwłaszcza w czasie pandemii czy czasu wyjątkowego, jaki przeżywamy, społeczna rola artysty wzrasta, pod warunkiem, że zostanie wyeksponowana i dowartościowana. Oczywiście można pomyśleć, że w dobie groźby utraty życia, najważniejsze staje się samo przeżycie, a jednak jest to myślenie i niepełne, i mylne – zwłaszcza z punktu widzenia życia, które poszukuje i potrzebuje dodatkowych jakości do tego, żeby nie tylko się zachować, ale żeby trwać w dostatecznym rozwoju, nawet jeśli jest on z konieczności ograniczony.
 
Sztuka w czasie takim; jak nasz, może być paradoksalnie najpotrzebniejszą (niepotrzebną tylko z pozoru) potrzebą. Nie tylko odwróceniem uwagi od naszej powszechnej i często zbyt na czarno malowanej rzeczywistości? Można traktować artystyczną pracę jako rodzaj życiowego przerywnika, jako pretekst potrzeby odwołania się do czegoś innego, dziwnego, zupełnie różnego od tego, co robimy na co dzień. I odwracamy uwagę od „chleba naszego powszedniego” i udajemy się do wizualnej Inności obrazów. Bo oto zmęczył się nam wzrok: codziennością, powtarzalnymi czynnościami i całą nasza krzątaniną dni i nocy, kupowaniem i zarabianiem. Tak bywa. Udajmy się zatem do galerii, żeby pooglądać obrazy? Czemu nie. Jest to nie tylko doskonały sposób spędzenia czasu, jeśli tylko ktoś go potrafi wypełnić widzeniem, refleksją, myśleniem, czy nabieraniem energii do życia? Wybierzmy się tam ze zwykłego dobrze rozumianego snobizmu, jako szansy poszerzenia granic widzenia. W takim rozumieniu najczęściej w Europie uzasadnia się istnienie i uprawianie sztuki. I po stronie twórców i odbiorców. I jedni, i drudzy mogą żyć we wzajemnie się tworzącej symbiozie dobrze pojętych interesów: wzajemnego uznawania różnic i wzbogacania się, twórczej wymiany myśli oraz poszerzania horyzontów. Obrazy są wyjątkowo dobrą formą zaistnienia myśli wyrażonej w tym, co może być jej wyjątkowo atrakcyjnym nośnikiem – w kolorze, harmonii barw i kształtów, w artystycznej formie, w niezwykłej konfiguracji elementów świata przedstawionego, które właśnie na naszych oczach odsłaniają to coś, czego się nie spodziewaliśmy. Tak, bo na tym, między innymi, polega osławiona Inność sztuki.
 
Mogę też dodać, wszystko to, o czym piszę, znajduje dobry myślowy pretekst do spotkania się z obrazami Agnieszki Gewartowskiej. Powiedzieć jednak, że przedstawiają one zupełnie inne światy niż te doświadczane przez nas w codziennie uwikłanym zwykłością życiu, to jednak powiedzieć dużo za mało do adekwatnie stającego w nich bogactwa widzenia, przeżywania i rozumienia widzialno-niewidzialnego świata. Oto stajemy przed niemal surrealnie zrobionymi wizualnymi kolażami, wyrażającymi w swojej istocie pełnię życia, szczodrość natury i rzadko spotykaną feerię kolorów, kształtów, niemal muzyczne piękno form opalizujących odcieniami, grających intensywnością czerwieni, fioletów czy purpury.
 
Oto wizualna kolorystyczna i sugestywna, niepozwalająca pozostać obojętnie pełnia istnienia. Ten bogato przedstawiony świat bierze się najpierw z obserwacji, długiego procesu narastania uwagi i widzenia, potem znajduje odzwierciedlenie w formach wypracowywanych w tradycyjnych technikach, by zwieńczyć się finalnie w formie wizualnych kolaży opracowanych nowymi technikami artystycznymi. Tak, proszę Państwa, prawdziwy artysta nigdy nie jest biedny, tak jak to może się przydarzać innym ludziom, bo ma bogactwa, których inni nie są w mocy nie tylko dostrzec, ani posiadać; a w dodatku coś jeszcze bardziej go wyróżnia – to, że przez całe życie może się swoim bogactwem dzielić zupełnie do woli z innymi ludźmi. W tym zwłaszcza wyrażają się społeczna rola i szczególne miejsce artysty w szeroko rozumianym społecznym życiu. Czym się w zasadzie dzieli z innymi? Zwłaszcza tym, co tworzy i prezentuje w swoich obrazach.
 

Co dokładnie prezentują obrazy Agnieszki Gewartowskiej? Najpierw uwolnione z mimetyczności kolory; oto przestrzeń wolności twórczej, w której barwa zyskuje nowe atrybucje zgodne z widzeniem twórcy, według którego zielone mogą być kwiatostany, a nie łodygi. Mamy tu nadnaturalnie wielkie serca kwiatów – niekiedy nawet oko kwiatu – oraz duże srebrzysto-niebieskie papugi, gdzie indziej monumentalne żywopłoty – swoiste pomniki natury zrobione jak w imaginatywnym francuskim ogrodzie, który przyciąga wielkie urokliwe egzotyczne ptaki. W innej odsłonie widzimy hybrydalne formy tworzące magiczną syntezę światów ludzi i natury, z charakterystyczną figuralną dominantą, która raz staje się postacią ludzka, innym razem ptasią.Wszystko przetykane pełnymi bogactwa kształtów, skrywającymi kosmiczną niespożytą witalność, hiperbolicznymi formami kwiatowymi, czy ptasimi. Wielość tych motywów przeplata powtarzająca się najczęściej zielona, innym razem metaliczna, stożkowata wieża roślinna, utrwalająca przedstawiony kosmiczny porządek, orientująca go wertykalnie w górę oraz osadzająca prezentowany świat horyzontalnie na ziemi – tak, żeby całe zaprezentowane niemal muzyczne, chromoluminarne (kolorystyczno-świetlne) bogactwo, odwołując się do gęstości, materialnej zmysłowości, a także niewidzialnego ruchu, tworzy harmonijną całość życia natury, życia ludzkiego, metamorfoz i stawania się tych wyobrażonych światów. Tak oto powstaje piękno, które z jednej strony jest artystyczną materią, a z drugiej staje się estetyczną faktycznością, bez której wielu ludzi tak po prostu, nie może żyć. I bardziej niż już osławioną potęgą smaku staje się ono energią dla oczu, siłą do życia czy niezbędną funkcją istnienia. I w niej wyraża się nasza ludzka w sumie złożona i wciąż nie dość zrozumiała pogoń za pięknem ( gr. kalotropia) – za tym czymś, czego do końca nie jesteśmy w stanie pojąć. Artystyczne piękno tych obrazów tworzy cała gama wizualnych metafor: animizacje i antropomorfizacje, monumentalizacje i hiperbole ( różne postaci wyolbrzymiania form i kształtów) oraz synestezje (przenikania się i korespondencje kolorów, kształtów i jakości zmysłowych). Trzeba zauważyć, że obrazowe światy Agnieszki Gewartowskiej są wyraźnie zdominowane formami roślinno-naturalnymi; człowiek ma tu swoje ograniczone pola zaistnień: gdzieś wydostaje się ludzka ręka, innym razem erotycznie eksponują się w uwalniającej ziemskie przyciąganie pozie, kobiece nogi istniejące w obrazie jak ekscytujący obiekt do malowania, podziwiania lub może jako nieznośnie uwodzący przedmiot pożądania? No i aż tyle tej wizualnej dziwności tych obrazów? Odsłaniają one przed nami coś jeszcze?
 
Muszę do tego, co chcę jeszcze o nich powiedzieć, zrobić krótki wstęp. Otóż, istnieje jednak może nawet wyższy wymiar życia i odbioru twórczości, który wykracza poza wspomnianą wcześniej dziwnie pociągająca w niej Inność czy dziwność, którą może ktoś nazwałby wymiarem sztuczności, bo przecież wprost wpisuje się w istotę sztuki jako przede wszystkim robienie czegoś artystycznego, sztucznego. Myślę, że w przypadku tych konkretnie obrazów wiąże się on z ich emanującą i dostrzegalną przez pewnie wielu odbiorców wizualną, mającą wyraźnie ludzkie cechy siłą. Daje się obserwować w refleksji o sztuce myślenie, że obrazy dysponują siłą podobną do tej, którą uruchamiają w sobie ich twórcy. I zdarza się także czasem, że już zdeponowana w obrazie twórcza siła wyrazu może nie tylko przerastać to, co artysta w nich świadomie i z wyrazowym zamiarem zawarł. W odbiorze i obcowaniu z widzem obrazy mogą ożywać siłą dodatkową: mogą zaczynać żyć i zachowywać się jak nowi, jeszcze nieznani nam ludzie. Nie bez kozery w swojej wizji sztuki, przecież popartej długimi studiami i namysłem W. J. T. Mitchell pyta w swojej zyskującej coraz większe uznanie książce „Czego chcą od nas obrazy?”, odwracając tym samym klasyczną już kolejność poznawczą: najpierw my podmioty, potem obrazy – przedmioty. W tej perspektywie obrazy są jak ludzie; są obrazy – fetysze i obrazy-materie, obrazy jak nieuchwytne ludzkie oblicza i obrazy, które mają swoją cielesność, swoje uczucia, wolę – dlatego jak ich twórcy – mogą czegoś chcieć lub nie chcieć niczego, przez co zyskują swoją upodmiotowioną naturę. Albo można powiedzieć mocniej, że stwarzają swoją „osobowość obrazu”, która staje się pochodną i zarazem epifanią osobowości twórcy. Dlatego także Mitchell wręcz nawet pisze o świadomości zaszyfrowanej w obrazie i o tym, że są jak żywe istoty, jak żywe byty, „naznaczone piętnem różnicy”. Kiedy stają się obrazami, zyskują swoją obrazowo – wizualną inność, różnicę. Przyzwyczailiśmy się zbyt mocno do dogmatu, że w obrazach poszukujemy intencji autora lub tego wszystkiego, czego on może chcieć. Jest w tym naszym nawyku estetycznym jakaś racja, jakaś prawda. A jednak, w realnej, pełnej ludzkiej rzeczywistości obrazu istnieje zdecydowanie wiele pragnień, które daleko przekraczają pragnienie jego twórcy. Pragnienia obrazu wychodzą poza pragnienia artysty, bo przede wszystkim mogą być pragnieniami patrzących na obraz odbiorców. Czasami, jak w życiu, paradoksalnie, obraz może nie wiedzieć, czego chce. I tu zjawia się szczęśliwy wrażliwy i pragnący mocno odbiorca i tworzy, kreuje pragnienia obrazu.
 
Na koniec więc zapytajmy i my: czego chcą od nas obrazy Agnieszki Gewartowskiej?
 
Czego mogą pragnąć właśnie oto patrzące na nas obrazy? Może łatwiej będzie nam odpowiedzieć na to pytanie, zadając dodatkowo kilka innych uzupełniających pytań? Na przykład: Jak powstały? Naprowadzać może nas w poszukiwaniu odpowiedzi na zadane pytania tytuł cyklu nawiązujący do „Ogrodu rozkoszy ziemskich” Hieronima Boscha.
 
W krytyce ten trop nazywa się inspiracją i jest już mocno wyeksploatowany. Mnie się wydaje, że jeśli Ogród Boscha odżywa w wyobraźni Agnieszki Gewartowskiej, to jako wielki wizualny i niezwykle silnie sugestywny punkt widzenia i rozumienia świata, jako niezwykła nieprzemijająca, zakodowana w arcydziele moc sztuki i jako wciąż żywo działająca siła najprawdziwszego życia. Bo to jest w życiu najważniejsze, tak samo jest w sztuce, żeby móc się do czegoś wielkiego odnieść, żeby móc się o to Coś, w co się wierzy, oprzeć, wreszcie żeby móc z tym Czymś rozmawiać i do tego wracać. Wizualny świat Boscha prezentuje prawdziwe, pełne niesłychanych dziwów życie, narażone na zło i ludzkie barbarzyństwo, które ostatecznie jest życiem zorientowanym na dobro. Poza tym ten świat zobowiązuje do kilku ważnych – także dla Agnieszki Gewartowskiej rzeczy: pierwsza rzecz to warsztat, sztuka poszukiwania i wyrażania swojego długo wypracowywanego widzenia, druga, że to widzenie, to wyraz do bardziej konstruowanie ciekawej wizji świata niż modne dziś nadmiernie wyrażanie siebie, wreszcie trzecia, bardziej złożona, wymaga choć krótkiego rozwinięcia i dotyczy rzeczy kluczowej – twórczej moralności Agnieszki Gewartowskiej.
 
Energia wizualna i estetyczna tych obrazów wyraża zakodowaną w nich rzadko spotykaną dziś energię życia i afirmację widzialnego świata, która ma wyjątkową niedocenianą zdolność odpędzania zła i rodzących się wokół społecznych demonów, ale także – odsłania świadomość, czy może przekonanie?, że spełnił się już z nadwyżkami dotychczasowy paradygmat sztuki – nazwijmy go postawangardowym – polegający na poszukiwaniu nowości, eksplorujący transgresje, wyrażający kulturowe zabiegi emancypacyjne (wyzwalające kulturę z przesądów, mitów, i utrwalonych ewolucyjnie wzorców zachowań); i że czas na inny paradygmat – tym razem nazwijmy go ariergardowym[1] – odwołujący się do długo ustalającej się u ludzi ewolucyjnej potrzeby piękna jako harmonii, jako czegoś, co zabezpiecza w posadach nasze życie, opierając się na zaczarowaniu, na wszystkim co daje energię do życia, co odżywia nasze emocje, co strzeże stabilności naszych tu i teraz.
Te obrazy być może pragną być ariergardą naszego istnienia. Chcą stać się ochroną tego co podstawowe i najważniejsze – umożliwić jakiś krok w drodze do życia, do nadziei i ludzkiej pełni. Fryderyk Schiller, którego można uznać za twórcę nowoczesnej europejskiej refleksji o sztuce, wyraził w „Listach o wychowaniu estetycznym” myśl potwierdzającą to, czego chcą obrazy Agnieszki Gewartowskiej: „Żyj wraz ze swą epoką, ale nie bądź jej kreaturą; pracuj do współczesnych, ale rób to, czego potrzebują …”.

 

Zbigniew Mańkowski


[1] Coraz rzadziej uzmysławiamy sobie, że słowa awangarda ( fr.) – straż przednia i ariergarda (fr.) – straż tylna mają znaczenia wyjęte z terminologii wojskowej: pierwsze odwołuje się do ataku – drugie do obrony.
 

Kontynuując zgadasz się na politykę cookies. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close